< Wstecz

„Zachowują się, jakby to była ich ziemia” – obraz Polaków w rosyjskiej propagandzie

fot. PAP/Tytus Żmijewski
fot. PAP/Tytus Żmijewski

Sprawą rzekomych zbrodni wojennych dokonywanych przez polskich najemników obiecał zając się rosyjski Komitet Śledczy. Jednak w rosyjskich przekazach można odnaleźć też „dobrych Polaków”. To prorosyjscy „analitycy”. Poza tym Polacy wciąż przygotowują się do „zajęcia Lwowa” i grozi im „zamarznięcie”.

W rosyjskich mediach informacje dotyczące Polski i Polaków są zazwyczaj „scentralizowanie” w państwowych agencjach informacyjnych, a następnie praktycznie „słowo w słowo” przedrukowywane w dziesiątkach pomniejszych portali. Polacy pojawiają się też często w relacjach tzw. wojennych korespondentów – są to prokremlowscy blogerzy powiązani z armią i innymi strukturami siłowymi, którzy na froncie prowadzą relacje wideo i umieszczają je najczęściej na swoich profilach w komunikatorze telegram, skąd trafiają do innych mediów

Poniżej kilka dominujących wątków dotyczących Polski i Polaków w rosyjskich mediach:

„Polscy najemnicy”

W rosyjskiej propagandzie jak bumerang powraca motyw zachodnich najemników, czy wręcz całych oddziałów NATO, z którymi zmagają się rosyjscy żołnierze. Nie jest to motyw nowy i był wykorzystywany już przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny z Ukrainą. Jeszcze w czasie wojen czeczeńskich Rosjan miały zabijać wyspecjalizowane komanda złożone ze snajperek z krajów bałtyckich (już wtedy uważanych za kraje głęboko rusofobiczne).

Treści o zagranicznych najemnikach, w tym Polakach, zaczęły pojawiać się seryjnie podczas ukraińskiej ofensywy w obwodzie chersońskim. Fakt, że rosyjska armia cofała się w popłochu porzucając góry sprzętu, tłumaczono tym, że w istocie walczy ona z całym NATO.

Pod koniec września popularny kanał Telegramu WarGonzo informował, że znajdujące się pod Limaniem w półokrążeniu siły Federacji Rosyjskiej mieli atakować najemnicy z Polski i Rumunii: „Przechwyciliśmy rumuński język. Polacy to w ogóle, [zachowują się tak] jakby to była ich ziemia. No… To znaczy, walczymy z NATO o nasze ziemie” – mówił dowódca o pseudonimie Luber.

O polskich najemnikach strzelających do cywilów pisały RIA Nowosti, przy czym ostrzelany mieszkaniec regionu charkowskiego miał ich rozpoznać po popularnym w Polsce, ale też na Ukrainie zachodniej i centralnej słowie na literę „k”.

Wspomnianą sprawą rzekomych zbrodni wojennych dokonywanych przez polskich najemników obiecał zając się rosyjski Komitet Śledczy. Ta deklaracja padła z ust szefa tej rosyjskiej „superprokuratury” zajmującej się najpoważniejszymi przestępstwami, Aleksandra Bastrykina.

„Polscy analitycy”

Rosyjskie media do analizy tego, co dotyczy Polski, niekiedy zapraszają wybranych „polskich ekspertów” lub cytują odpowiadające ich narracji treści z polskich mediów. Szczególnie upodobały sobie związany z Fundacją im. Romana Dmowskiego portal Myśl Polska. Na autora serwisu Przemysława Piastę powołuje się jedna ze sztandarowych kremlowskich agencji RIA, materiał przedrukowuje też portal TopWar.ru, zajmujący się stricte tematyką militarną. Autor polskiego portalu stwierdza, że poparcie większości polskich obywateli dla sankcji nałożonych na Rosję świadczy o ich „ciasnocie umysłowej”. Autor pisze, że najgorszym scenariuszem dla kraju jest bezpośrednie starcie militarne z Rosją. Może to prowadzić do nieprzewidywalnych konsekwencji dla samego istnienia narodu polskiego.

RIA zresztą regularnie cytuje Myśl Polską. Tak na przykład w sierpniu powołała się na opinię Konrada Rękasa przedstawianego jako polski politolog, który stwierdził, że polskie media przekują klęskę Kijowa w „operacji specjalnej” na strategiczne zwycięstwo Ukrainy. A wynika to z cenzury, która tam panuje.

Z kolei w lipcu w artykule „W Polsce relacjonują, jak Warszawa sama się przechytrzyła, próbując pokonać Putina” zacytowano tezę z Myśli Polskiej, jak złym krokiem było wstrzymanie importu rosyjskiego węgla z Rosji.

Inny często wykorzystywany przez rosyjskich propagandystów zabieg polega na zaprezentowaniu rzekomo obowiązujących w danym kraju opinii na podstawie anonimowych komentarzy pod artykułami. Dotyczy to nie tylko Polski.

Skąd rosyjskie media biorą dostęp do tak niszowych treści? Pod skrzydłami państwowego konglomeratu medialnego Rossija Siegodnia funkcjonuje serwis InoSmi, który zajmuje się wyszukiwaniem wszelkich treści artykułów, wpisów na forach czy nawet postów w sieciach społecznościowych dotyczących Rosji i tłumaczeniem ich na rosyjski. Artykuł „<<Zupełnie zero>>. Polacy oburzeni dostawą bajraktarów Warszawie”, to przykład tego rodzaju manipulacji. „Polakami” jest tu kilku anonimowych komentatorów pod artykułem portalu WNP.pl. którzy krytykują pomysł zakupu uzbrojenia za granicą zamiast w kraju.

„Polacy nie chcą Ukraińców”

Motywem wciąż wykorzystywanym w propagandzie jest problem, który rzekomo sprawiają Ukraińcy w Polsce. Rosyjska propaganda często podnosi kwestie rzekomego zagrożenia dla zdrowia Polaków, który stanowią uchodźcy. Mają oni na przykład przyczyniać się do epidemii HIV, o czym pisała RIA , a przedrukowała bardziej radykalna i formalnie prywatna agencja Regnum. Medium, które w artykułach nie używa nazwy Ukraina, a posługuje się skrótem b. USRS (b. Ukraińska Socjalistyczna Republiką Sowiecka).

W Rosyjskich mediach popularnością cieszyła się też akcja partii Grzegorza Brauna #stopukrainizacjipolski. Informacja o niej wraz z wypowiedzią samego inicjatora trafiła do sztandarowego programu Kanału 1 rosyjskiej TV „60 minut”, który jest seansem propagandy i nienawiści w jednym. Przesłanie było proste – Polacy nie chcą u siebie ukraińskich uchodźców. Przy czym niewielka partia Grzegorza Brauna była tu głosem całego narodu.

„Nowa fala uchodźców z b.r. Ukraińska SRR może zatopić Polskę” – prognozuje współpracownik agencji Regnum Stanisław Stremidłowski, na końcu swojego tekstu powołując się na… Myśl Polską, według której większość imigrantów z Ukrainy „mieszka na terenach zaniedbanych, czyli na terenach znanych z wysokiego poziomu przestępczości”, dzięki czemu może zacząć się integrować i nawiązywać współpracę z lokalnym „przestępczym podziemiem”. Dalej czytamy zaś, że „dodatkowym problemem jest tworzenie tak zwanych monoetnicznych gett, wylęgarni wszelkiego rodzaju radykalizacji. (…) Na razie polscy politycy i media wyciszają te trendy. Ale prędzej czy później ten ropień pęknie, a ropa rozleje się po całym polskim społeczeństwie” – konstatuje autor.

Polski Lwów

Tezy o tym, że Polska jakoby przygotowywała się do zajęcia zachodniej Ukrainy, powtarzał były ukraiński deputowany Ilia Kiwa, który po oskarżeniu go o zdradę stanu, uciekł do Rosji. O wkroczeniu wojsk USA i Polski na zachodnią Ukrainę wspominał też Szef Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin, choć w jego wersji miałoby się to obyć bez zmiany granic.

Te wyssane z palca twierdzenia były na serio komentowane na łamach choćby portalu telewizji Cargrad związanego z prokremlowskim oligarchą Konstantinem Małofiejewem.

Prokremlowska Izwiestia pisze, że roszczenia Polski wobec zachodniej Ukrainy są wynikiem „pamięci genetycznej” Polaków. Cytowany Michaił Miagkow, dyrektor naukowy Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego stwierdził, że bez względu na to, jak głośne oświadczenia wypowiadają dziś politycy ukraińscy i polscy, w obu krajach istnieją obiektywne sprzeczności geopolityczne, historyczne i ideologiczne. A ukrytym celem Polski jest powrót do granic Rzeczpospolitej z roku 1772, czyli sprzed rozbiorów.

Pod koniec września na „patriotycznych” rosyjskich kanałach Telegramu pojawiły się zdjęcia rzekomych kart do głosowania w referendum za przyłączeniem Lwowa do Polski.

„Polska zamarznie”

Rosyjskie media aktywnie wyszukują oznak zbliżającej się rzekomo katastrofy energetycznej wywołanej zachodnim embargiem na sprowadzanie rosyjskich surowców energetycznych. Dotyczy to też Polski. Wśród czytelników i widzów starają się wywołać wrażenie, że bez rosyjskich dostaw w czasie zbliżającej się zimy Europie grozi, a nałożone sankcje powodują cierpienia „zwykłych ludzi”.

Ekonomiczna agencja informacyjna 1prime.ru donosi, że Polacy przez miesiąc nie mogą kupić węgla na zimę. Choć trzeba przyznać, że w tekście zauważono, że stojące w kolejce po opał osoby przepytane przez korespondenta „w zasadzie nie są przeciwne antyrosyjskim sankcjom”, ale w tym konkretnym przypadku uważają je za szkodliwe dla siebie.

Gazeta Izwiestia informuje, że w związku z antyrosyjskimi sankcjami, władze wzywają Polaków do oszczędzania energii elektrycznej.

Rossijskaja Gazieta cytuje słowa szefa Orlenu Daniela Obajtka, który stwierdził, że Europę czeka „ciężka zima”. „Mieszkańcy Polski krytykowali działania rządu na rzecz przygotowania się do sezonu grzewczego: pod postem byłego premiera Donalda Tuska, w którym pisał o obniżeniu temperatury w mieszkaniach do 15 stopni, w sieciach społecznościowych pojawiły się niezadowolone komentarze” – zaznacza przy tym autor publikacji.

Ria Nowosti informuje za to, że zarówno władze Warszawy, jak i Krakowa, szukając sposobów na oszczędzenie energii, zrezygnowały z organizowania noworocznych imprez pod gołym niebem. Informacja ta nie została wybrana przypadkowo – Nowy Rok jest najważniejszym rosyjskim świętem obchodzonym rodzinnie i społecznie. A odwołanie świętowania, w opinii Rosjan, to zamach ta świętość i tradycję.

 

W przekazach rosyjskich prokremlowskich mediów, zarówno tych państwowych jak i prywatnych, ale prokremlowskich, nasz kraj ostatnio pojawia się wcale nie tak często jak mogłoby się wydawać. Zniknęły z nich praktycznie tradycyjne dotyczące Polski tematy historyczne, takie jak Katyń, rzekoma kolaboracja z III Rzeszą przed drugą wojną światową, czy kwestia usuwania pomników Armii Czerwonej. Powodów jest kilka – po pierwsze rosyjska propaganda nie ma teraz czasu na podejmowanie tych tematów, zajmując się znajdowaniem powodów dla usprawiedliwienia agresji i wytłumaczenia dlaczego „Specjalna Wojskowa Operacja” nie idzie, tak jak trzeba.

Drugą sprawą jest postrzeganie tego konfliktu. Od momentu, gdy w marcu upadł plan zajęcia Kijowa i zainstalowania tam prokremlowskiego rządu, Moskwa, a w ślad za nią propagandyści starają się pokazać ten konflikt nie jako lokalną operację militarną, ale jako globalny konflikt między Rosją a Zachodem. Znany prokremlowski politolog Siergiej Głaziew, który niedawno na łamach portalu Cargrad opisał zwięźle rosyjski i zapewne kremlowski punkt widzenia, przedstawił wywołanie wojny z Ukrainą jako element „anglosaksońskiego” planu osłabienia Rosji. I to nie jest odosobniony głos w rosyjskiej przestrzeni publicznej. Rosja w tej sytuacji nie walczy z Ukrainą, ale z USA, którym podporządkowały się niemal wszystkie kraje Zachodu.

Jeżeli prześledzimy najbardziej zajadłe wypowiedzi pojawiające się w najważniejszych propagandowo-publicystycznych programach Władimira Sołowiowa czy Olgi Skabiejewej, ich uczestnicy, mówiąc np. o użyciu broni jądrowej, nie wspominają w ogóle zaatakowaniu Warszawy. Celem jest zawsze „anglosaski” Londyn i Waszyngton – czyli prawdziwe „centra podejmowania decyzji”. Polacy są w tym ujęciu jedynie wykonawcami woli „hegemona” czyli USA, a kwestia silnego polskiego zaangażowania w pomoc militarną i humanitarną Ukrainie, która jest jedną z największych w świecie, schodzi na drugi plan.

Przypisy: